Follow Us

Bombondžija w Belgradzie. Cukierkolandia jak z (retro) bajki!

Tutaj miał być wstęp o tym, że Bombondžija to najstarszy w Belgradzie sklep z rzemieślniczymi landrynkami, lizakami i ratlukiem. Że miejsce jest urocze, obsługa serdeczna, łakocie pyszne, ceny przystępne itd. Zamiast tego – będzie cytat z właściciela, a jednocześnie – najlepsza rekomendacja: „Naszym najstarszym klientem był niejaki pan Plamenac, który miał na ponad 100 lat i raz w miesiącu przyjeżdżał z Bulwaru Rewolucji (dzisiaj Bulwar króla Aleksandra – dop. aut.) i kupował ratluk”.

Już za chwilę w Belgradzie otwarte zostanie kolejne, chyba już jedenaste (sic!) centrum handlowe. Najpierw zwalą się tam tłumy, a po miesiącu ochroniarze będą mogli bawić się w Dziki Zachód i organizować w opuszczonych alejkach improwizowane pojedynki rewolwerowe.

Za momencik upadnie kolejny hipsterski sklep, ustępując miejsca kolejnej hipsterskiej kawiarni. Tej, która i tak – prędzej czy później – splajtuje, bo miejsc w których przez cały rok można siorbać pumpkin spice latte jest już po prostu za dużo.

A Bombondžija? Trwa niezmiennie od 85 lat i nic nie wskazuje na to, żeby ten stan miał się zmienić. Bo – parafrazując matkę słynnego filozofa Foresta G. – jeśli świat to pudełko czekoladek, ten niewielki sklepik jest jego stolicą!

Gdzie kupić słodkie pamiątki z Serbii? Tutaj!

Drzewo cukierologiczne

Bombondžiję w 1936 roku założył Branislav Bosiljčić. Sklep, w którym można było kupić rzemieślnicze słodkości wytwarzane w rodzinnym zakładzie mieścił się początkowo przy ulicy Ustaničkiej, następnie został przeniesiony do Obrenovaca, a ostatecznie – na niepozorną ulicę Gavrila Principa, gdzie z powodzeniem funkcjonuje do teraz.

Od początku zakład cukierniczy (i sklep) Bosiljčicia oferował rzemieślnicze karmelki, ratluk (aka rachatłukum aka Turkish delight) i pastylki pudrowe w różnych wersjach smakowych. Co ciekawe – te miętowe i aromatyzowane ziołami były w przeszłości polecane przez lekarzy jako lek na gardło. #takmnielecz!

Mimo że podobnych punktów na mapie Belgradu było sporo (w złotym okresie rzemieślniczego cukiernictwa aż 120!), to właśnie słodkości z Bombondžiji cieszyły się największym, niesłabnącym powodzeniem. Lata mijały, małe, rzemieślnicze sklepy karmelkowe znikały z mapy miasta, a słodki biznes rodziny Bosiljčić (po Branislavie stery Bombondžiji przejął jego syn) trwał niezmiennie. A w określeniu „niezmiennie” nie ma cienia nadużycia.

Dziś sklep i zakład cukierniczy prowadzą wnuki wnuk Branislava,  Živorad i Branislav Bosiljčić,  Pomagają im dzieci Živorada, które zapewne przejmą w przyszłości ten słodki rodzinny interes. I – tak jak pradziadek, dziadek i ojciec – będą oferować najlepszej jakości, rzemieślnicze słodkości.

Jak za starych, dobrych czasów*

(*których większość z nas pewnie nie pamięta, ale czy to jakiś problem?)

Sklepik na ulicy Gavrila Principa – choć więcej niż kameralny – wychodzi przed szereg ustawionych w rzędzie brunatnych kamienic i kamieniczek. Trudno przegapić odświeżoną, biało-bordową elewację i dużą, szklaną witrynę ozdobioną romantyczną zazdroską. Jeszcze trudniej przejść obojętnie obok tego, co znajduje się za szybą wystawy sklepowej.

Co kupić w Serbii? Ratluk w Bombondžiji!

W środku miejsca jest niewiele. Po jednej stronie półki z galaretkami w cukrze i pudełkami z ratlukiem i lada uginająca się pod ciężarem kolorowych lizaków i landrynek zamkniętych w szklanych słojach i gablotach. Po drugiej stronie ściana, do której przyszpilono listy z podziękowaniami i rekomendacjami od klientów, stare dyplomy poświadczające mistrzostwo cukiernicze założyciela zakładu i sentymentalne zdjęcie dawnego Belgradu. To wszystko sprawia, że przekraczając próg Bombondžiji można odnieść wrażenie, że wchodzi się nie tyle co do cukierkowego raju, ale do innej, oddalonej o dobre dziesięciolecia epoki.

Wrażenie jest słuszne, bo wystrój sklepiku jest w gruncie rzeczy taki sam od dekad. I to na prośbę sentymentalnych klientów, którzy – jak przyznaje właściciel – wręcz błagają, aby niczego w Bombondžiji nie zmieniać. Niczego, czyli: ani wnętrza, ani klimatu, ani receptur. A te ostatnie są tak stare, jak sama Bombondžija, bo opracował je w latach 30. założyciel zakładu.

Jeśli chodzi o produkcję łakoci – odbywa się ona codziennie, tak samo, jak w 1936 roku: składniki się nie zmieniły, procedury też, nawet sprzęt jest ten sam (za wyjątkiem elektrycznego miksera do ratluku, który jest jedyną widoczną nowością w zakładzie – pierwotnie ratlukowa masa była wyrabiana ręcznie). Większość sprzętów jest zresztą starsza niż sam zakład, bo powstały jeszcze w Austro-Węgrzech, czyli przed końcem I wojny światowej (jak podkreśla właściciel, są więc starsze od niektórych eksponatów cukierniczych, prezentowanych w belgradzkim Muzeum Etnograficznym).

Jeśli ktoś jest ciekawski albo nie wierzy, że każdy karmelek i lizak w Bombondžiji jest wyrabiany tak, jak za „starych, dobrych czasów” – może poprosić właściciela lub obsługę o uchylenie zasłonki oddzielającej sklep od zakładu i zobaczyć proces cukierniczego (s)tworzenia na własne oczy.

Ale samym patrzeniem się człowiek nie naje! Wszyscy wiemy, że do Bombondžiji przychodzi się przede wszystkim po łakocie. A tych nie dość, że jest ogrom, to jeszcze kosztują bardzo rozsądnie.

Co można kupić w Bombondžiji?*

(*o ile nie uprzedzi was żona Erdogana, bo wtedy to nic)

Hitem sklepiku jest wielokrotnie tu wspominany ratluk dostępny w kilkunastu smakach: od klasycznego różanego, z orzechami włoskimi i laskowymi, pistacjami, kokosem, wanilią, miodem, ale i śliwką, rumem czy bergamotą. Ratluk można kupić w opakowaniach (cena od około 250 RSD/10 zł za sporą paczkę) lub na wagę.

Oprócz tego w sklepiku kupicie lizaki w najbardziej fantazyjnych kształtach i kolorach (cena od 20 RSD/0,8-1 zł sztuka), żelki (od ok. 100 RSD/4 zł za paczkę), karmelki w różnych smakach (od około 160 RSD/6-7 zł za paczkę), landrynki (od 50 RSD/2 zł za paczkę) czy pastylki pudrowe (serb. Prominicle).

Łakocie są też dostępne w opakowaniach prezentowych, więc jeśli szukacie nie tylko sentymentalnej, ale i smacznej pamiątki z podróży do Belgradu – dobrze trafiliście.

O ile w tym samym czasie co wy do miasta nie zawita Emine Erdogan. Pierwsza dama Turcji podczas swojego pobytu w serbskiej stolicy w 2017 roku odwiedziła Bombondžiję (KLIK!) i – jak głosi miejska legenda – za jednym zamachem wykupiła wszystko, co było na stanie. W tym ratluk. RATLUK!

A wiecie, jeśli urodzona w Stambule żona prezydenta Turcji w Belgradzie kupuje TURKISH DELIGHT… no, to sami wiecie co wiedzieć.

NIE KRADNIJ, UDOSTĘPNIAJ!Copyright © Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie treści bez zgody autora zabronione

Przygotowanie tego artykułu zajęło nam bardzo dużo czasu. Jeśli Ci się spodobał – jest nam bardzo miło. Udostępnij go w swoich social mediach (możesz to zrobić korzystając z przycisków powyżej) lub kopiując adres URL.

Jeśli chcesz przedrukować (wykorzystać) dłuższy fragment lub całość wpisu – skontaktuj się z nami w celu uzyskania zgody.